Zielony eko-wabik, czyli greenwashing (ekościema) w praktyce dnia codziennego


Ekologiczne jest modne i zdrowe, dlatego jest coraz intensywniej wykorzystywane w działaniach marketingowych. Niestety dołączenie do przekazu reklamowego słowa klucza typu: ekologiczny, naturalny, zielony, prośrodowiskowy, zrównoważony itp., nie zawsze daje gwarancję skorzystania z produktu faktycznie spełniającego określone (konkretne i ostre) kryteria, a tym samym nie daje pewności czy firma dostarczająca produkt (usługę) jest podmiotem stosującym rygorystyczne normy w kontekście ochrony środowiska. Dlatego ważne są konkrety, najlepiej twarde dane i fakty.

Ekowalka o klienta

Brutalna walka konkurencyjna, bez względu na branżę (od wody mineralnej, poprzez wybielacz czy usługi bankowe, na samochodach kończąc), sprawia, że producenci i usługodawcy coraz częściej sięgają po „eko-chwyt marketingowy”. Zewsząd jesteśmy bombardowani ekologicznymi komunikatami, a wtedy pojawia pytanie: czy informacje są prawdziwe? Decydując się na zakup eko-produktu lub eko-usługi w tzw. dobrej wierze winniśmy uruchomić krytyczne myślenie i zasadę ograniczonego zaufania.

Więcej na temat krytycznego myślenia w materiale (Pro-tip o Smart Enough)

Poprawa i ocieplanie wizerunku

Współcześnie określenia typu „eko” oraz „ekologia” są powszechnie łączone z troską o otaczającą nas przyrodę, jednak historycznie termin „ekologia” dotyczy nauki zajmującej się badaniem oddziaływań pomiędzy organizmami a ich środowiskiem (porusza kwestie struktury i funkcjonowania przyrody), zaś ochroną środowiska ściśle zajmuje się inna dziedzina: sozologia. Pomijając tą drobną niezgodność rozwińmy temat epatowania „eko-sloganami” na każdym już niemal kroku. Za każdym razem gdy widzę zielony motyw i czytam lub słucham o tym jak dany produkt jest przyjazny dla środowiska zapala mi się „zielona” (nomen omen) lampka, która każe zastanowić się przez chwilę czy podjęte działanie faktycznie przełoży się na poprawę stanu środowiska naturalnego (lokalnie lub globalnie), czy jest tylko sprytnym zabiegiem manipulacyjnym mającym wywołać u konsumentów pozytywne skojarzenia.

Gra w „zielone”

Ostatnio „mój wewnętrzny alarm” włączył jeden z banków, który informuje o swoim zaangażowaniu w eko i obwieszcza wprowadzenie biodegradowalnej karty płatniczej (sic!). Niby fajnie, ale policzmy na spokojnie. Wg PRNews.pl rzeczony bank ma niecałe 4 mln klientów, czyli docelowo będzie wymienionych 4 mln kart, ale każdy z tych klientów ma przecież ważną kartę plastikową, zatem wymiana przed terminem byłaby chyba jeszcze większym marnotrawstwem i szkodzeniem środowisku. Załóżmy zatem, że karta ważna jest 4 lata, czyli w najbliższym czasie bank wymieni 1 mln kart, przy średniej wadze karty ok. 5 gr, daje to 5 ton plastiku, jedna ciężarówka/rok. Oczywiście dobre i 5 ton (max 100 tys. zł), a koszt samej kampanii (spoty, celebryci, reklamy itp.)? Zatem mój krytycyzm każe zapytać: słuszna akcja dla eko-efektu, czy może eko-akcja dla efektu wizerunkowego czyli czystego marketingu? Niech każdy sam dokona szybkiej oceny…

Więcej rozważań Ile prawdy jest w reklamach znajdziesz w materiale o lodach „Ekipy”

Eko chwyta za serce, ale i za portfel

Przykłady można mnożyć i dzielić włos na czworo, ale czy faktycznie wysyp ekologicznych produktów i zaangażowania w ekologię nie jest nadużyciem ze strony części przedsiębiorców? Gdy przyjrzymy się bliżej okaże się, że znajdziemy działania wyłącznie marketingowe, mające na celu wzmocnienie pozytywnego wizerunku firmy – firmy ekologiczne i prośrodowiskowe są bowiem lepiej postrzegane przez społeczeństwo czy kontrahentów. Dodatkowo „eko” jest na modowej fali. Jak pokazują liczne badania, konsumenci postrzegają ekologiczne produkty jako prestiżowe, a w obszarze żywności po prostu zdrowsze i charakteryzujące się wyższą jakością, zatem pragną je posiadać – nierzadko pomimo wyższej ceny. Tym samym „eko” wpływa na nasze decyzje zakupowe, a to z kolei determinuje przedsiębiorców do tak chętnego wykorzystywania trwającego trendu. Czy zawsze uczciwie?

Ekościema, czyli greenwashing

Opisane powyżej praktyki nieuzasadnionego wykorzystania prośrodowiskowych skojarzeń oraz kreowania ekologicznego wizerunku, czyli pośrednio (lub nawet bezpośrednio) wprowadzania w błąd konsumentów przez sugerowanie, że produkt czy usługa jest rzekomo ekologiczna, gdy nie jest to zgodne z prawdą lub domniemany efekt jest niewspółmierny do serwowanych sloganów, nazywane jest greenwashingiem, a w wersji spolszczonej określaniem – ekościema.

Greenwashing wywodzi się od słów „green” – zielony, czyli w domyśle naturalny, ekologiczny i „whitewash” – wybielać, tuszować. Co ciekawe pojęcie zostało stworzone przez Jay’a Westerveld’a w 1986 roku, w eseju opisującym działanie jednego z hoteli, polegające na umieszczeniu w pokojach tabliczek, na których proszono gości o oszczędne (ponowne) używanie ręczników. Takie zachowanie miało zmniejszyć ilość zużywanej wody, czego efektem miała być poprawa kondycji środowiska. Jednak pod ekologiczną maską krył się głównie cel biznesowy, czyli większy zysk spowodowany redukcją rzeczy do prania i tym samym cięciem kosztów. Warto w tym miejscu podkreślić, że sam pomysł, choć spopularyzowany w negatywnym kontekście i napiętnowany, wyjątkowo szybko podchwycili inni hotelarze i dziś podobne etykiety są obecne w prawie każdym hotelu. Zadziwiające, że już nikt z tym nie dyskutuje …może zakładamy, że jest to sytuacja typu win-win, czyli zyskuje środowisko i kieszeń właściciela hotelu (sic!).

Czy Polacy łykają ekościemę jak młode pelikany rybki?

Podatność społeczeństwa na zjawisko greenwashingu wprost wynika ze świadomości ekologicznej. Im niższa świadomość tym łatwiej „wpłynąć” na konsumentów, że skoro dany produkt (usługa) ma w nazwie „eko” lub inne prośrodowiskowe określenia, to z pewnością jest bezpieczny dla środowiska i odpowiedzialny człowiek, którym każdy z Nas chce przecież być 😉 powinien z niego skorzystać. Antidotum jest jak zwykle wiedza, czyli edukacja ekologiczna na każdym poziomie – od przedszkolaka do dorosłego. Ponadto bądźmy krytyczni do komunikatów, które są nam serwowane. Wymagajmy od producentów przejrzystości i zrozumiałego wyjaśnienia na czym dokładnie polega „ekologiczność” danego produktu lub rozwiązania. Szukajmy informacji o uznanych certyfikatach weryfikowalnych organizacji („jakaś nowa” fundacja lub stowarzyszenie nie daje 100% gwarancji). Im więcej ogólników tym większe prawdopodobieństwo „ekościemy”.

Be Smart Enough
Krzysztof Buczkowski
www.buczkowski.eu

Światowy dzień bez kłamstwa

Kłamstwo na drodze do prawdy

28 marca co roku wypada Światowy Dzień bez kłamstwa! (sic!). Gdy zdałem sobie z tego sprawę i odniosłem do sytuacji świata XXI wieku w tym obszarze, stwierdziłem, że jedyny stosunek jaki mogę w tej chwili żywić do tego „święta” jest wybitnie ambiwalentny.
Z jednej strony należy chwalić każdą inicjatywę, która uświadamia, że warto dążyć do prawdy, czyli nie posługiwać się kłamstwem (no może poza tym konwencjonalnym, czyli niejako codziennym tym mniejszej wagi – tj. „dobrze Cię widzieć, tak smakowało mi lub cieszę się, że wygrałeś na loterii”!?), zwłaszcza gdy w konsekwencji danego fałszu mogą wystąpić policzalne straty: finansowe, zdrowotne, polityczne lub oczywiście emocjonalne, choć te ostatnie zdają się tracić na wartości z każdą upływającą chwilą. Z drugiej zaś, świadomość skali zjawisk manipulacyjnych i półprawd, będących de facto kłamstwami serwowanymi nam z premedytacją w każdym medium, wywołuje lęk przed światem, w którym przychodzi nam żyć.

„Kłamstwo dzieckiem przyzwyczajenia człowieka” – Krzysztof Buczkowski

Niemniej warto o nim wspomnieć i niejako wytłumaczyć, iż kłamstwo jest niechcianym dzieckiem przyzwyczajenia, które jest przecież drugą naturą człowieka. Ludzie kłamali, kłamią i będą kłamać. Zmieniają się tylko narzędzia i techniki.

Rys historyczny

W czasach zamierzchłych, zanim jeszcze ruchome czcionki Guteneberga zrewolucjonizowały dostęp do książek i umożliwiły pojawienie się prasy, wiadomości przekazywano z ust do ust lub mozolnie spisywano je odręcznie. Jak możemy sobie wyobrazić (a historia potwierdzi), także w rękopisach umieszczano kłamstwa, które miały pomóc w realizacji konkretnych planów osób piszących lub finansujących proces pisania – na przykład podkopywano wiarygodność jednego możnowładcy podając jego domniemane występki przeciw ludowi lub religii, by kilka wierszy dalej w tym samym dziele promować innego poprzez subtelny opis czynów chwalebnych, zarówno w zakresie cnót mądrości jak i męstwa. Z uwagi na formę, ich zasięg i czas oddziaływania były ograniczone. Sam proces dystrybucji takiej wiadomości trwał tygodnie lub miesiące, a w przypadku ksiąg, nawet lata. Zatem oddziaływanie kłamstwa było mniejsze i mniej dynamiczne, ale jednak w zamyśle inicjatorów – skuteczne.

Wspomniany druk przemysłowy niewątpliwie otworzył ludziom wrota do wiedzy i wpłynął na poziom ich świadomości, ale tym samym niejako w pakiecie dał narzędzie do seryjnego produkowania i rozpowszechniania kłamstw. Kłamstwo mogło docierać do większej liczby ludzi i oddziaływać masowo. Kolejne kroki rozwoju mediów, czyli radio i telewizja, mają oczywiście swój wkład w promocję informacji nie zawsze zgodnych z rzeczywistością. Wspomnę tylko mój ulubiony przykład audycji która wstrząsnęła USA 30 października 1938 roku. Wtedy to stacja radiowa CBS nadała słuchowisko radiowe zrealizowane według książki Herberta George’a Wellesa pt. „Wojna światów”. Sugestywny przekaz zasiał panikę wśród milionów słuchaczy – ludzie w popłochu wybiegali ze swoich domów. Czy ludzie sami się oszukali? Dlaczego strach i przerażenie wywołane fikcyjnym atakiem obcej cywilizacji były tak realne – dzięki wykorzystanej formie i środkom wyrazu? A może zadziałała moc ludzkiej wiary? Zapewne obie odpowiedzi są prawidłowe.

Współczesna dynamika szerzenia kłamstw

Dziś mamy do czynienia z kolejnym etapem ewolucji kłamstwa i jego roli w naszym życiu, poprzez natychmiastowe medium, które każdy ma przy sobie, czyli Internet i oparte na nim platformy społecznościowe. Znowu do głosu dochodzi bezkrytyczna wiara w przekaz i podążanie za sensacją, a w tle czai się konkretny interes – finansowy lub polityczny, popkulturowy a niekiedy ideologiczny.

Zasada ograniczonego zaufania

Najważniejsze co musimy powtarzać do znudzenia, sobie i najbliższym, to zasadę ograniczonego zaufania do tego co widzimy lub słyszymy w mediach. Zadanie sobie w myślach kilku pytań kontrolnych typu: „kto ją rozpowszechnia?”, „jaka jest waga tej informacji?”, „czy może mieć na mnie wpływ i moje zdrowie, finanse, wybory polityczne lub życiowe?”, „co może dać bohaterowi lub przekazującemu?” itp., będzie nie tylko ćwiczeniem szarych komórek, ale z czasem stanie się wentylem bezpieczeństwa przed fake-newsami, półprawdami, post-prawdą i wszelkimi innymi manipulacjami. Nawet jeśli będzie to wiązać się z powtarzaniem pesymistycznych słów Nietzchego: „Nie jestem zły, że mnie okłamałeś. Jestem smutny, że od teraz nie mogę Ci uwierzyć”. Lepiej czasami nie uwierzyć Internetowi i być chwilowo tylko smutnym, niż ostatecznie oszukanym, chorym lub okradzionym oraz dodatkowo smutnym lub wręcz zrozpaczonym.

Be Smart Enough!
Krzysztof Buczkowski

Udawana czy prawdziwa agresja w sporcie

Emocje sportowe

Każdy z nas jest w pewnym momencie swojego życia kibicem. U jednych ten moment trwa dłużej i ma symptomy stałej postawy, a u innych jest chwilowym uniesieniem patriotycznego oddechu związanego z konkretnym wydarzeniem sportowym – o charakterze lokalnym, krajowym lub międzynarodowym. Jedni kibicowali Małyszowi, Stochowi czy reprezentacji Polski, a inni wspierają miejski klub koszykarski czy gminny siatkarski itp.

Mnie również zdarza się ulec duchowi kibicowskiemu i emocjonować się występem płockich piłkarzy ręcznych Wisły Orlen Płock. Wydarzenia zaobserwowane podczas ostatniego pojedynku z odwiecznymi rywalami z Kielc podczas kolejnej tzw. „świętej wojny” skłoniły mnie do głębszych przemyśleń nt. agresji w sporcie, jej rzeczywistym wymiarze i wpływie na końcowy rezultat. Przeglądając wyniki z ostatnich dziesięciu lat nie da się nie zauważyć, że Płock dostaje od kielczan regularne lanie. Pomimo dobrych (zmienianych regularnie) trenerów i zawodników, satysfakcjonujących występów w Lidze Mistrzów czy Lidze Europy, ciągle nie potrafimy przekonująco wygrać z drużyną Tałanta Dujszebajewa.

Ostatni mecz był 18 marca podczas półfinału Pucharu Polski pomiędzy Naszą Wisłą Orlen, a Kielcami. Nie jest ważne kto był w formie, a kto był lekko słabszy. Ważne, że na tablicy wyników było wyjątkowo cały czas blisko remisu. Ostatecznie przegraliśmy tylko 2 bramkami, ale niedosyt pozostał. Znowu. Czy ta regularność porażek z Kielcami i niestety słaby styl większości z nich nie powinien skłaniać do szukania powodów trochę w innym miejscu?

Pozorna agresja

Myślę, że tak i mam nawet pewne podejrzenia. Moim zdaniem, czyli zwykłego kibica (jednak z pewną wiedzą nt. postaw i zachowań ludzkich ;-), chronicznie brakuje Naszej Drużynie tzw. sportowej złości, a niekiedy wręcz kontrolowanej sportowej agresji (a wyjątkowo to nawet tej niekontrolowanej?!?). Nie trzeba być geniuszem psychologii sportu by, poza niewątpliwym zmysłem trenerskim Dujszebajewa, który ma do dyspozycji klasowych zawodników, dostrzec jeszcze jeden drobny aczkolwiek bardzo istotny szczegół, czyli zarządzanie (kreowanie gry) poprzez konflikt. Jego ekspresja agresywności jest niekiedy iście teatralna i często udziela się zawodnikom z Kielc. Podobny wybuch miał także miejsce w trakcie ostatniego meczu. Cytując Przegląd Sportowy, który podkreśla: „Atakujący z impetem wiślacką bramkę Daniel Dujszebajew upadł i doznał groźnie wyglądającej kontuzji kolana. Ta sytuacja wyprowadziła z równowagi Talanta Dujszebajewa. Trener kielczan zupełnie stracił panowanie nad sobą, miotając przekleństwa z dużą agresją w kierunku delegata ZPRP. Dostał czerwoną kartkę i resztę meczu musiał oglądać z trybun. Przerwa w grze trwała kilka dobrych minut, aż strach pomyśleć, co by się działo w Hali Legionów, gdyby na trybunach był komplet kibiców.” (link).

Z uwagi na powtarzalność pewnych reakcji tego trenera odrzuciłbym szukanie powodów w jego porywczym charakterze, a skupiłbym się właśnie na hipotezie zakładającej działanie z rozmysłem i wyrachowaniem (bo drużyna miała słabszy moment, nie weszła dobrze w mecz, trener nie widział ducha walki u swoich piłkarzy?), czyli niejako świadome przesadne eksponowanie negatywnych emocji, wręcz agresji.

Zarządzanie konfliktem w sporcie, czy tylko styl gry

Wspomniana strategia zarządzania ma swoich zwolenników w tradycyjnym biznesie (organizacji), ale także w każdej dyscyplinie sportowej (nawet w szachach), zatem tym bardziej jest mile widziana w maksymalnie kontaktowej grze jaką jest piłka ręczna. By nie zanudzić napiszę tylko, że jej fundamentem jest oddziaływanie na pracowników (zawodników) wszelkimi dostępnymi środkami przeciwdziałającymi niskiej aktywności, apatii, marazmowi w celu wywołania u nich inicjatywy działania i wyzwolenia twórczego procesu rozwiązywania problemów – tutaj w trakcie gry (meczu). Czy agresja w sporcie motywuje? Czy zmusza do dodatkowego wysiłku? Odpowiednio skanalizowana – TAK. Czy zachowanie trenera wpływa na zawodników? – TAK. Czy można nauczyć się wyrażania gniewu by być autentycznym? – TAK. Można też oczywiście być z urodzenia cholerykiem, wtedy ma się łatwiej.

Przejrzałem komentarze i opinie dziennikarzy po przegranych meczach Wisły z Kielcami w ostatnich latach. Co znalazłem? W co drugim materiale powtarzające się stwierdzenia typu: „Wisła nie mogła poradzić sobie z grającą agresywnie, wysuniętą daleko od pola bramkowego defensywą Kielc”, „Wisła grała za mało agresywnie”, „Niebieskim brakowało sportowej złości”, „(…) wyjątkowo pobudzeni gracze z Kielc…”. To jednoznacznie wskazuje, ze uważne dziennikarskie oko dostrzegało ten element.

Nauka agresji?

Okazuje się, że wykwalifikowany sztab szkoleniowy i wysokie umiejętności indywidualne zawodników winny zostać uzupełnione o naukę …agresji sportowej. Zarówno tej proaktywnej (przed zawodami), instrumentalnej (zgodnej z przepisami), ale też tej reaktywnej – czyli wywoływanej sytuacją na boisku (na granicy faul?). Inny podział agresji to: niedestruktywna i destruktywna, zakładająca sparaliżowanie aktywności przeciwnika. Gdy zestawimy to wszystko z wybranymi (powtarzalnymi) sytuacjami na boisku (krzyki, wulgaryzmy, dynamiczne machanie rękami, podbieganie do przeciwnika (zawodnika, sędziego, działacza) czy pojedynki na groźne miny ;-), …obraz zaczyna się wyostrzać.

Wszak jak mówi prof. Tadeusz Rychta (psycholog sportu z AWF Warszawa): „Moim zdaniem bez agresji w sporcie osiągnąć sukcesu nie można.” To z kolei sugeruje, że coraz częściej sportowcy, podobnie jak aktorzy, manipulują swoimi emocjami, by wpływać na rywali, a pośrednio także i na nas kibiców. Pamiętajmy o tym gdy sami stracimy rzeczywistą kontrolę nad emocjami, gdy nasza ukochana drużyna przegra, a My w porywie złości będziemy chcieli wyrzucić telewizor… może to wszystko było elementem show i szkoda nerwów i telewizora…
Be Smart Enough!


Krzysztof Buczkowski

Szczepienia na COVID – walka o rynek czy zdrowie?

Czy na pewno rządzi popyt i podaż na szczepionkę?

Wydawałoby się, że koncerny farmaceutyczne mają wręcz doskonałe warunki do promocji i monetyzacji swych produktów przeznaczonych do walki z objawami COVID – wszak możliwości wszystkich producentów razem wziętych nie nadążają za popytem generowanym przez zainteresowane zakupem kraje (z premedytacją użyłem słowa „objawami” bo właśnie ono najczęściej pada w komunikatach wydawanych przez świat medycyny! Ciekawe, że środowisko nie używa bardziej zrozumiałych dla przeciętnego odbiorcy słów np. „szczepionka chroniąca przed zachorowaniem lub wprost przed daną chorobą”? Podobno diabeł tkwi w szczegółach, a tu właśnie taki drobny szczegół jest!).

Opinie ekspertów

Marzec 2021 to spore zawirowanie wokół szczepionki AstraZeneca, ponieważ ujawniono kilka przypadków zgonów osób zaszczepionych tym preparatem – zgony miały nastąpić z powodu zakrzepicy żył mózgowych i zatorów płucnych. W związku z tym 7 marca br. austriacki Federalny Urząd ds. Bezpieczeństwa w Opiece Zdrowotnej (BASG) postanowił tymczasowo zawiesić stosowanie szczepionki z serii ABV 5300, po nim dołączały kolejne kraje, a 15 marca br. także Ministerstwo Zdrowia Niemiec poinformowało o swej analogicznej decyzji. Z kolei 16 marca br. szefowa Europejskiej Agencji Leków (www.ema.europa.eu) Emer Cooke ogłosiła, że nie ma obecnie wskazań, iż szczepienia preparatem firmy AstraZeneca spowodowały te skutki uboczne. Jednakże podkreśliła, że będą prowadzone dalsze analizy i badania. 17 marca także WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) oficjalnie stwierdziła, że korzyści wynikające ze szczepionki AstraZeneca przewyższają ryzyko i zaleca kontynuowanie szczepień (www.who.int). Co ważne polski rząd nie rekomenduje wycofania się z wykorzystania tego preparatu.

Gdzie jest prawda?

Teraz należy zadać pytania, czy ujawniane skutki uboczne, na czele ze zgonami mieszczącymi się w standardach (akceptowany przez naukę margines) uzasadniają skalę zamieszania. Czy rezygnacje krajów mają charakter czysto formalny i mają na celu ochronę obywateli, czy może bardziej troszczą się o emocje ludzi i powiązane z nimi sympatie polityczne? Czy nie należy sprawdzić inspiracji po stronie przeciwników biznesowych? Niezaprzeczalnym faktem jest, że szum informacyjny już ma negatywne konsekwencje. Polscy seniorzy zaczynają rezygnować z zaplanowanych terminów szczepień. Zatem kto zyska, a kto straci?

Be Smart Enough!
Krzysztof Buczkowski

fot. ema.europa.eu

Środki perswazji i manipulacji w procesie przekazywania informacji

Ebook

Perswazja, manipulacja i propaganda są środkami, które wykorzystujemy w trakcie procesu przekazywania informacji. Czynimy to niekiedy intuicyjnie (nieświadomie?), ale coraz częściej w pełni świadomie, oczekując określonego efektu. Skoro każdy z nas to wykorzystuje lub chciałby wykorzystywać, to należy założyć z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że inni też tak robią. Wśród innych są też przecież , m.in.: media, politycy, celebryci, a nawet tzw. eksperci. Gdy już wiemy, że oni też wykorzystują wspomniane środki, powinniśmy też przyjąć, że dysponują większą wiedzą w tym temacie i są bardziej biegli. To z kolei prowadzi do bardzo poważnego wniosku: warto samemu zaopatrzyć się w sprawdzoną i potwierdzoną naukowo wiedzę by choć w minimalnym stopniu starać się uodpornić na szkodliwe manipulacje i perswazje.

Więcej w ebooku poniżej:

Pierwsze urodziny pandemii

Jakkolwiek dziwnie to brzmi, to faktycznie data 4 marca może być symbolicznie uznana za początek problemu z koronawirusem w Polsce. Wtedy to Ministerstwo Zdrowia poinformowało o pierwszym potwierdzonym przypadku zakażenia SARS-CoV-2. Cała Polska żyła historią tzw. „Pacjenta zero” i zapoznawała się z zasadami kwarantanny osób, które miały z nim kontakt. Kolejne wydarzenia to swoista podróż kolejką górską, pełną momentów grozy – pierwsze zgony, kolejne smutne rekordy (najwyższa dobowa liczba zakażeń przypada na 7 listopada 2020 – 27 tys. 875 przypadków, a 25 listopada 2020 odnotowano aż 674 zgonów powiązanych z COVID-19) i wprowadzane restrykcje, a także nadzieje wiązane z okresową poprawą sytuacji, łagodzeniem obostrzeń czy pojawieniem się szczepionek.

W mojej pamięci dość szczególne miejsce zajmuje wspomnienie konferencji premiera z 13 marca 2020 roku, kiedy rząd potwierdził zamknięcie szkół i przedszkoli. Od tego momentu konferencje prasowe poświęcone COVID-19 to nasza codzienność. Nawet trwające od ponad dwóch miesięcy szczepienia nie są w stanie zahamować nadchodzącej trzeciej fali. Pojawiają się kolejne trudne pytania o nowe mutacje wirusa czy o kondycję psychiczną dzieci i młodzieży, a także stan gospodarki. Jak żyć w nowej pandemicznej rzeczywistości? Zapraszam do wysłuchania mojego premierowego podcastu i życzę wszystkim Nam dużo zdrowia, wszak każde urodziny to okazja do dobrych życzeń.

Krzysztof Buczkowski

A wszystkiemu winna reklama…

Oglądając reklamy w telewizji mam nieodparte wrażenie, że to one, cierpliwie i z mozołem, torowały drogę, mniejszym i większym, kłamstwom obecnym już dzisiaj w mediach. Zwłaszcza tych elektronicznych. Tak, mam na myśli kłamstwa określane mianem fake-news jak i łagodniejszą prawdę życzeniową (post-prawdę), czyli dzisiejsze kłamstwo, które może jutro stać się prawdą – zaiste oryginalna wymówka. Wracając do reklam, przecież dziś już nawet dziecko wie, że reklama kłamie, a w najlepszym przypadku nie mówi całej prawdy. Skoro wiemy, że reklama mija się z prawdą, czemu tak dobrze się trzyma i ciągle pochłania miliardowe budżety? Może po prostu lubimy być oszukiwani, pragniemy tak troszeczkę i na chwilę poczuć się dzięki temu lepiej lub może nawet lepszymi ludźmi, gdy np. kupimy auto z gwiazdą na masce lub posmarujemy twarz czarodziejskim enzymem wyciśniętym z karczocha. Kwestie czy jest to etyczne lub społecznie pożądane, schodzą na dalszy plan lub całkiem znikają.

Współczesnym wyznacznikiem wielu trendów są otaczające nas z każdej strony reklamy. Specjaliści z dziedziny marketingu dwoją się i troją by nakłonić odbiorców/widzów do zakupy określonego przedmiotu lub skorzystania z usług konkretnej firmy. Jak się okazuje sprzedawcy bardzo często przedstawiają nie tylko pozytywne cechy produktu, część argumentów jest po prostu zmyślona, po to aby przekonać nas do większej użyteczności danego produktu. Słowo reklama, cyt. „wywodzi się od łacińskich słów – clamor i oznacza krzyczenie do kogoś. Ten krzyk i reklama w jednym nawiązują do dawnych czasów, kiedy to większość ludzi nie potrafiła czytać ani pisać, więc krzykiem nawoływali potencjalnych klientów, zachwalając swoje towary.

Perswazja

Perswazja w reklamie polega na tym, iż reklamodawcy chcą zachęcić nas do nabycia konkretnego towaru. Słowo perswazja, cyt. „pochodzi od łacińskiego persuasio, które oznacza przekonywanie do określonego stanowiska lub zachowania”. Od manipulacji różni ją to, że owe nakłanianie odbiorcy, nie będzie skutkowało szkodliwymi konsekwencjami.

Można więc śmiało powiedzieć, iż perswazja to swoiste argumentowanie połączone z warunkami, takimi jak: zgodność z określonym światopoglądem odbiorcy, czy motywacja.
W przypadku manipulacji jej główną cechą jest nieuczciwość w stosunku do odbiorców. Wykorzystuję się w tym celu następujące techniki, np. ukazuje się tylko fragmentaryczny obraz świata, manipulację językową, posługiwanie się fałszywymi wynikami badań lub analiz. Reklamodawcy wykorzystując manipulację ukazują, cyt. „fałszywy obraz danej rzeczywistości”, by w jak największym stopniu utożsamiać się z klientami (M. Hallada, 2019).

Młodzi i seniorzy kontra manipulacje medialne

Niestety najbardziej narażona na manipulacje jest młodzież oraz seniorzy. Wynika to z faktu, iż młode osoby często jeszcze nie potrafią prawidłowo interpretować dyskursów medialnych, a seniorzy już utracili taką zdolność. Świat przedstawiany w materiałach dedykowanych tym dwóm grupom społecznym powołuje się na nietrafione autorytety ze świata show-biznesu lub w nieuzasadniony sposób łączy postacie kojarzone z wiarą i religijnością z współczesnymi zjawiskami (tematami, produktami). Skutkuje to negatywnym i wypaczonym obrazem rzeczywistości. W konsekwencji np. młodzi ludzie wciąż wpadają w choroby sfery psychicznej, nie mogąc poradzić sobie z faktem, iż wyimaginowany świat przedstawiany w reklamach lub portalach społecznościowych – nie ma nic wspólnego z ich prawdziwym życiem. Z kolei seniorzy ryzykują zdrowiem i życiem ufając autorytetom z młodości lub przekazom wykorzystującym ich religijność. Ważne, abyśmy mieli samoświadomość, iż kampanie medialne rządzą się ww. mechanizmami. Starajmy się kontrolować procesy, którym zostajemy poddani i wykazujmy choć odrobinę niedowierzania lub wręcz krytycyzmu.

Krzysztof Buczkowski