Szkoła stacjonarna a dzieci nadal tylko w sieci…

Wrzesień niechybnie zbliża się do października, co z kolei oznacza stabilizację jesiennej aury i adaptację dzieci i młodzieży do szkolnej rutyny. Jak podkreślają znajomi nauczyciele wspomniana adaptacja, po zawirowaniach pandemicznych i zdalnym nauczaniu z roku poprzedniego, nie przechodzi ani łagodnie, ani naturalnie, ani miło. Niektórzy wprost alarmują, że młodzi zapomnieli, jak się uczyć i że stacjonarna weryfikacja zdobytej wiedzy jest dla większości dość bolesna. Młodzież zaczyna tęsknić za zdalnym nauczaniem i zewsząd słychać głosy, że nie obraziliby się gdyby szkoły zamknięto (pomimo, że jeszcze w maju ponoć tak mocno tęsknili (sic!)). Jako ojciec nastolatki, który dwadzieścia lat temu współtworzył podwaliny pod samorządowe społeczeństwo informacyjne w naszym kraju, dziś zaczynam nieśmiało zgadzać się ze stwierdzeniem, że zbytnie umiłowanie bycia permanentnie dostępnym sieciowo i uzależnienie od cyfrowej komunikacji stanowi coraz większe zagrożenie dla procesu edukacyjnego i rozwoju młodych ludzi. Dopóki wskaźniki zakażeń koronawirusem są na akceptowalnym poziomie może należy poszukać innych rozwiązań i zastanowić się czy nie warto systemowo ukrócić pokusy nadmiernego bycia on-line?

Azjatycka innowacja?

Ciekawym, a na pewno wartym dyskusji, wydaje się być pomysł skutecznie i wytrwale wdrażany przez władze w Pekinie, gdzie już w 2019 roku wprowadzono przepis zezwalający osobom poniżej 18 roku życia na „granie w gry” tylko przez 1,5 godziny dziennie. Wydaje się mocno drastycznie, jednak te obostrzenia nie wystarczyły. Pod koniec sierpnia bieżącego roku władze zdecydowały się na kolejne ograniczenia. Zgodnie z nowymi zasadami przyjętymi przez chiński organ nadzoru mediów Narodową Administrację Prasy i Publikacji (NPPA) i opublikowanymi przez Xinhua – państwową agencję prasową ChRL, dzieci i nastolatki poniżej 18 roku życia w Chinach będą mogły grać w gry online tylko do trzech godzin tygodniowo, a dokładnie godzinę dziennie między 20:00 a 21:00 w weekendy i święta. Agencja uznała te zasady za ważny sposób ochrony zdrowia fizycznego i psychicznego dzieci. Czy analogia w kraju nad Wisłą miałaby sens w celu zapobieżenia uzależnieniu młodych ludzi od gier lub mediów społecznościowych itd.? Zdaję sobie sprawę, że już samo pytanie to „trochę” kij w mrowisko, ale …

Siać wiatr by zebrać burzę

Przeglądając rodzime raporty z badań aktywności sieciowej dzieci i młodzieży (np. NASK) zauważamy, że już 10-13 latki potrafią spędzać ponad 3 godziny dziennie na rozrywce internetowej, głównie na ekranie swojego smartfonu. Gdy dodamy do tego najwyższe od lat statystki prób samobójczych młodych ludzi, którzy nie radzą sobie z obniżeniem nastroju lub depresją (także jako konsekwencje covidowej izolacji społecznej), zacznie wyłaniać się nam ponury obraz tysięcy samotnych w sieci – dzięki niej czy poprzez nią. Czy wirtualna rzeczywistość z każdym dniem coraz bardziej odbiera nam tylko czas, czy może już także wolność o decydowaniu o sobie. Sprawdź to zamieniając na tydzień lub chociaż na 24 godziny swój smartfon na legendarną Nokię 3310! Potem pomyśl o młodszych użytkownikach Internetu.

Krzysztof Buczkowski

Be smart enough!

Bystry bo niespieszny… ?!?

Wakacyjnie czyli z lekkim oka przymrużeniem…

Dzieci ze świadectwami w rękach wesoło wybiegły ze szkoły, a to oznacza rozpoczęcie celebrowania dwóch miesięcy wakacji. Wakacje mają to do siebie, że każdy próbuje wypocząć i zrelaksować się na zasłużonym urlopie. Niestety urlopy w XXI wieku naznaczone są jeszcze bardziej intensywną obecnością urządzeń telekomunikacyjnych nachalnie wyświetlających internety, socjale i inne mesendżery (spolszczenia celowe). Skoro urlop to i ogólne rozleniwienie umysłowe w trakcie korzystania z wyżej wspomnianych. Jak radzić sobie z tą swoistą kumulacją zagrożeń i paradoksalnie presją czasu np. kontaktu ze złymi treściami, potencjalnie złe lub za szybkie reakcje w dyskusjach FB-owych (szczególnie po alkoholu), czy natychmiastowe decyzje zakupowe itp.

Brak maila – brak zagrożenia

Zanim padnie propozycja antidotum, pozwolę sobie przywołać przykład z życia wzięty – nasz … polski …lokalny. Otóż kilka tygodni temu (początek czerwca 2021), na wielu oficjalnych stronach redakcji i instytucji Lubelszczyzny pojawiły się groźnie brzmiące komunikaty o wiadomościach mailowych informujących o rzekomym podłożeniu ładunków wybuchowych w sądach, Urzędach Skarbowych, Izbie Obrachunkowej oraz jednostkach samorządu terytorialnego. Informacje tego typu dotarły do 22 obiektów na terenie województwa lubelskiego. Oczywiście, w takich przypadkach procedura jest jasna, czyli kierownik jednostki zarządza ewakuację i powiadamia policję, a niekiedy w ramach zabezpieczenia pojawia się straż pożarna oraz ratownicy medyczni. Tak też się stało w większości podmiotów, które podniosły tzw. alarm bombowy. Jednak jak się okazuje, w jednej placówce reakcja była inna, tzn. nie było reakcji (sic!)… cisza…

Otóż, wiadomość o podłożonej bombie wysłana została także do Urzędu Gminy w Fajsławicach w powiecie krasnostawskim, gminy zamieszkiwanej przez 5 tys. ludzi. Jednak tutaj nikt nie przerwał pracy ani nie wzywał policji. Dlaczego? Ponieważ urzędnicy odczytali maila dopiero następnego dnia. Na szczęście wszystkie alarmy okazały się fałszywe, a policja poszukuje sprawców całego zamieszania.

Dylematy komunikacyjne

To z pozoru błahe (momentami zabawne) wydarzenie ujawnia poważny paradoks i może być impulsem do postawienia wielu pytań problemowych, np. jak często urzędnik powinien sprawdzać maile? Czy częstotliwość sprawdzania poczty elektronicznej winna być wpisana do regulaminu? Czy „potencjalni zamachowcy” zdają sobie sprawę, że przy tak poważnym przedsięwzięciu, jakim niewątpliwie jest podłożenie ładunku, nie powinni polegać na tak „chimerycznym” narzędziu komunikacyjnym jakim jest poczta elektroniczna? Przecież taki „ważny” mail może zniknąć w zalewie innej korespondencji i być odczytanym po fakcie, jak to miało miejsce w przypadku Fajsławic, albo „o zgrozo” trafić do SPAMU! Co wtedy? Kto poniesie odpowiedzialność?

Ironia jest tu tylko pretekstem do płynnego przejścia do innych naszych zachowań w sieci dotyczących właśnie tempa reakcji, a przede wszystkim wszelkiego typu komunikatorów i social mediów, gdzie przecież natychmiastowa reakcja – ikona polubienia czy komentarz są pożądane, a ich brak odczytywany jest jako afront lub co najmniej jako niezbyt grzeczne zachowanie, a są i tacy, którzy w reakcji odwetowej „za brak reakcji” zablokują znajomego …?!?

Pomyśl zanim zareagujesz

Nie da się ukryć, że w czasach gdy komunikacja wspomagana jest technologią, coraz powszechniejszym zjawiskiem jest złość na brak natychmiastowej odpowiedzi, zwłaszcza gdy nadawca wie, że odbiorca widział wiadomość (a jak wiemy, ta funkcjonalność jest standardowa i automatyczna w wielu aplikacjach). Szczególnie młodzi ludzie mówią wręcz o ignorowaniu i braku szacunku! Czy aby na pewno powinniśmy ślepo iść w kierunku tej e-natychmiastowości? Może zdrowiej i bezpieczniej na nowo uczyć się cierpliwości i uszanowania prawa innego człowieka do reakcji w swoim tempie … bo przecież cierpliwość to taka piękna cecha. Poza tym cierpliwość to także szansa na dodatkowy czas na zastanowienie, przemyślenia, analizy, czyli pozytywny wpływ na proces decyzyjny… oczywiście najlepiej z konkretnym terminem zakończenia tegoż procesu.

Udanych, spokojnych, smart urlopów!
Krzysztof Buczkowski

Be Smart Enough!

Zielony eko-wabik, czyli greenwashing (ekościema) w praktyce dnia codziennego


Ekologiczne jest modne i zdrowe, dlatego jest coraz intensywniej wykorzystywane w działaniach marketingowych. Niestety dołączenie do przekazu reklamowego słowa klucza typu: ekologiczny, naturalny, zielony, prośrodowiskowy, zrównoważony itp., nie zawsze daje gwarancję skorzystania z produktu faktycznie spełniającego określone (konkretne i ostre) kryteria, a tym samym nie daje pewności czy firma dostarczająca produkt (usługę) jest podmiotem stosującym rygorystyczne normy w kontekście ochrony środowiska. Dlatego ważne są konkrety, najlepiej twarde dane i fakty.

Ekowalka o klienta

Brutalna walka konkurencyjna, bez względu na branżę (od wody mineralnej, poprzez wybielacz czy usługi bankowe, na samochodach kończąc), sprawia, że producenci i usługodawcy coraz częściej sięgają po „eko-chwyt marketingowy”. Zewsząd jesteśmy bombardowani ekologicznymi komunikatami, a wtedy pojawia pytanie: czy informacje są prawdziwe? Decydując się na zakup eko-produktu lub eko-usługi w tzw. dobrej wierze winniśmy uruchomić krytyczne myślenie i zasadę ograniczonego zaufania.

Więcej na temat krytycznego myślenia w materiale (Pro-tip o Smart Enough)

Poprawa i ocieplanie wizerunku

Współcześnie określenia typu „eko” oraz „ekologia” są powszechnie łączone z troską o otaczającą nas przyrodę, jednak historycznie termin „ekologia” dotyczy nauki zajmującej się badaniem oddziaływań pomiędzy organizmami a ich środowiskiem (porusza kwestie struktury i funkcjonowania przyrody), zaś ochroną środowiska ściśle zajmuje się inna dziedzina: sozologia. Pomijając tą drobną niezgodność rozwińmy temat epatowania „eko-sloganami” na każdym już niemal kroku. Za każdym razem gdy widzę zielony motyw i czytam lub słucham o tym jak dany produkt jest przyjazny dla środowiska zapala mi się „zielona” (nomen omen) lampka, która każe zastanowić się przez chwilę czy podjęte działanie faktycznie przełoży się na poprawę stanu środowiska naturalnego (lokalnie lub globalnie), czy jest tylko sprytnym zabiegiem manipulacyjnym mającym wywołać u konsumentów pozytywne skojarzenia.

Gra w „zielone”

Ostatnio „mój wewnętrzny alarm” włączył jeden z banków, który informuje o swoim zaangażowaniu w eko i obwieszcza wprowadzenie biodegradowalnej karty płatniczej (sic!). Niby fajnie, ale policzmy na spokojnie. Wg PRNews.pl rzeczony bank ma niecałe 4 mln klientów, czyli docelowo będzie wymienionych 4 mln kart, ale każdy z tych klientów ma przecież ważną kartę plastikową, zatem wymiana przed terminem byłaby chyba jeszcze większym marnotrawstwem i szkodzeniem środowisku. Załóżmy zatem, że karta ważna jest 4 lata, czyli w najbliższym czasie bank wymieni 1 mln kart, przy średniej wadze karty ok. 5 gr, daje to 5 ton plastiku, jedna ciężarówka/rok. Oczywiście dobre i 5 ton (max 100 tys. zł), a koszt samej kampanii (spoty, celebryci, reklamy itp.)? Zatem mój krytycyzm każe zapytać: słuszna akcja dla eko-efektu, czy może eko-akcja dla efektu wizerunkowego czyli czystego marketingu? Niech każdy sam dokona szybkiej oceny…

Więcej rozważań Ile prawdy jest w reklamach znajdziesz w materiale o lodach „Ekipy”

Eko chwyta za serce, ale i za portfel

Przykłady można mnożyć i dzielić włos na czworo, ale czy faktycznie wysyp ekologicznych produktów i zaangażowania w ekologię nie jest nadużyciem ze strony części przedsiębiorców? Gdy przyjrzymy się bliżej okaże się, że znajdziemy działania wyłącznie marketingowe, mające na celu wzmocnienie pozytywnego wizerunku firmy – firmy ekologiczne i prośrodowiskowe są bowiem lepiej postrzegane przez społeczeństwo czy kontrahentów. Dodatkowo „eko” jest na modowej fali. Jak pokazują liczne badania, konsumenci postrzegają ekologiczne produkty jako prestiżowe, a w obszarze żywności po prostu zdrowsze i charakteryzujące się wyższą jakością, zatem pragną je posiadać – nierzadko pomimo wyższej ceny. Tym samym „eko” wpływa na nasze decyzje zakupowe, a to z kolei determinuje przedsiębiorców do tak chętnego wykorzystywania trwającego trendu. Czy zawsze uczciwie?

Ekościema, czyli greenwashing

Opisane powyżej praktyki nieuzasadnionego wykorzystania prośrodowiskowych skojarzeń oraz kreowania ekologicznego wizerunku, czyli pośrednio (lub nawet bezpośrednio) wprowadzania w błąd konsumentów przez sugerowanie, że produkt czy usługa jest rzekomo ekologiczna, gdy nie jest to zgodne z prawdą lub domniemany efekt jest niewspółmierny do serwowanych sloganów, nazywane jest greenwashingiem, a w wersji spolszczonej określaniem – ekościema.

Greenwashing wywodzi się od słów „green” – zielony, czyli w domyśle naturalny, ekologiczny i „whitewash” – wybielać, tuszować. Co ciekawe pojęcie zostało stworzone przez Jay’a Westerveld’a w 1986 roku, w eseju opisującym działanie jednego z hoteli, polegające na umieszczeniu w pokojach tabliczek, na których proszono gości o oszczędne (ponowne) używanie ręczników. Takie zachowanie miało zmniejszyć ilość zużywanej wody, czego efektem miała być poprawa kondycji środowiska. Jednak pod ekologiczną maską krył się głównie cel biznesowy, czyli większy zysk spowodowany redukcją rzeczy do prania i tym samym cięciem kosztów. Warto w tym miejscu podkreślić, że sam pomysł, choć spopularyzowany w negatywnym kontekście i napiętnowany, wyjątkowo szybko podchwycili inni hotelarze i dziś podobne etykiety są obecne w prawie każdym hotelu. Zadziwiające, że już nikt z tym nie dyskutuje …może zakładamy, że jest to sytuacja typu win-win, czyli zyskuje środowisko i kieszeń właściciela hotelu (sic!).

Czy Polacy łykają ekościemę jak młode pelikany rybki?

Podatność społeczeństwa na zjawisko greenwashingu wprost wynika ze świadomości ekologicznej. Im niższa świadomość tym łatwiej „wpłynąć” na konsumentów, że skoro dany produkt (usługa) ma w nazwie „eko” lub inne prośrodowiskowe określenia, to z pewnością jest bezpieczny dla środowiska i odpowiedzialny człowiek, którym każdy z Nas chce przecież być 😉 powinien z niego skorzystać. Antidotum jest jak zwykle wiedza, czyli edukacja ekologiczna na każdym poziomie – od przedszkolaka do dorosłego. Ponadto bądźmy krytyczni do komunikatów, które są nam serwowane. Wymagajmy od producentów przejrzystości i zrozumiałego wyjaśnienia na czym dokładnie polega „ekologiczność” danego produktu lub rozwiązania. Szukajmy informacji o uznanych certyfikatach weryfikowalnych organizacji („jakaś nowa” fundacja lub stowarzyszenie nie daje 100% gwarancji). Im więcej ogólników tym większe prawdopodobieństwo „ekościemy”.

Be Smart Enough
Krzysztof Buczkowski
www.buczkowski.eu

Pozytywne czy krytyczne myślenie, a może smart? Zalety i …

Podczas wyjątkowo chłodnej tegorocznej majówki, spacerując po Ciechocinku zauważyłem intrygujący widok, który stał się kadrem do zdjęcia (które roboczo zatytułowałem „koniec czy początek podróży (linii kolejowej)” i można je interpretować zarówno jako koniec, ale także początek życiowej podróży w nieznane lub wręcz przeciwnie, do konkretnego upragnionego celu, a ponadto każdy koniec podróży jest przecież początkiem doświadczania odwiedzanego miejsca … itd. można snuć filozoficzne rozważania…), a to z kolei skłoniło mnie do ponownego (wierzę, że nie ostatniego) zastanawiania się nad rolą pozytywnego myślenia w naszym życiu i powiązania jego zalet z jakże potrzebnym w XXI wieku „myśleniem krytycznym”.

początek czy koniec podróży?

Badania „positive thinking”

Coraz więcej naukowych badań potwierdza, że „pozytywne myślenie” to coś więcej niż tylko chwile bycia szczęśliwym lub okazywanie optymizmu. Pozytywne myśli mogą pomóc ukształtować Nas na nowo, odnaleźć niedostrzegane wcześniej wartości oraz rozwinąć umiejętności, które trwają znacznie dłużej niż okazjonalny (lub wymuszony) uśmiech. Jak wiele zależy od nawyku określającego nasze nastawienie – z automatu pozytywne czy negatywne? Czyż ten quasi-nawyk bycia częściej pozytywnie nastawionym i optymistycznym, nie jest niezbędny do bycia „życiowo” szczęśliwym i częściej usatysfakcjonowanym?

Jedną z osób badających wpływ pozytywnego myślenia jest Barbara Fredrickson z Uniwersytetu Północnej Karoliny, która już kilkanaście lat temu opublikowała na ten temat pracę The broaden-and-build theory of positive emotions. (https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1693418/pdf/15347528.pdf). Na podstawie przeprowadzonych eksperymentów, przekonuje w niej między innymi, że gdy doświadczamy pozytywnych emocji, takich jak radość, zadowolenie i miłość, mamy szansę zobaczyć więcej możliwości w swoim życiu. Brzmi optymistycznie!

Więcej opcji na sukces

Zatem pozytywne emocje poszerzają Nasze poczucie możliwości i otwierają Nasze umysły na więcej opcji. Już samo myślenie w kategoriach opcji, czyli wielu możliwych wariantów przyszłości sprawia, że wzrasta prawdopodobieństwo wykreowania i wybrania do realizacji lepszego rozwiązania. W związku z powyższym taka postawa będzie już kompilacją „smart thinking”, w ramach którego spokojnie mieści się koncepcja myślenia krytycznego – moim zdaniem umiejętności absolutnie niezbędnej w dzisiejszym świecie fake-news, kłamstwa (Światowy dzień bez kłamstwa) i post-prawdy (Środki perswazji i manipulacji – ebook).

Dlatego warto w głowie eksperymentować i zagrać w grę „a co by było gdyby…”. Dobrą strategią jest także, gdy w czasie tej swoistej rozgrywki w tropienie wariantów, szans i możliwości, zaczniemy je zapisywać. Już samo pisanie optymistycznych i pożądanych scenariuszy może poprawiać nastrój (więcej w artykule tutaj), ale też mimowolnie układać listę, od której już tylko krok do planu. Kolejnym poziomem wtajemniczenia będzie dopisywanie konkretnych działań, które uprawdopodobnią osiągnięcie celu oraz identyfikację przeszkód, które należy zneutralizować – pokonać lub ominąć.

Metodyka szczęśliwego życia

Naukę pozytywnego myślenia i zaprzyjaźniania się z dobrym samopoczuciem, należy rozpocząć od znalezienia sposobów na dostrzeganie szczęścia w codziennych chwilach i kreowania pozytywnych emocji w swoim życiu – czy to poprzez chwilę ze swoimi myślami (docelowo medytację), pisanie, grę w koszykówkę czy cokolwiek innego zapewniającego nam trwały uśmiech szczęścia, czyli coś więcej niż tylko chwilowe zmniejszenie stresu i kilka przelotnych uśmiechów. W międzyczasie dokładamy odrobinę wytrwałego rozwoju własnych talentów i umiejętności (wiedza), dekorujemy szczyptą krytycznego myślenia, czyli weryfikacji i sprawdzania, aż otrzymamy pożądane myślenie smart, które zwiększy nasze szanse na bezpieczne i satysfakcjonujące, a może nawet szczęśliwe, życie.

Be Smart Enough
Krzysztof Buczkowski – www.buczkowski.eu

Szukajcie, a na pewno coś wam zostanie zasugerowane

Mocna sugestia

Przeszukiwanie sieci to codzienność. Szukamy zarówno ważnych informacji, ale też rozrywki. Bywa, że znamy konkretny adres, wtedy trafiamy w punkt bez pomocy wyszukiwarek i ich asystentów. Jednak częściej szukamy informacji mając jedynie hasło: słowo, pojęcie, temat, nazwę obszaru czy nazwisko. Wtedy korzystamy z (po)mocy wyszukiwarek np. Google, Bing czy DuckDuckGo i in. Oczywiście największa jest ta pierwsza, a ponieważ jest to potężna siła technologiczno-organizacyjna, zatem może więcej, ale też więcej osób analizuje metody, które wykorzystuje. Niestety coraz częściej dowiadujemy się, że wyniki, które są nam podsuwane, mogą być niemal ręcznie, wręcz intencjonalnie lub twórczo korygowane.

Raport Wall Street Journal

Warto wrócić na chwilę do 2019 roku, kiedy to dziennikarze Wall Street Journal podsumowali (www.wsj.com) przeprowadzone przez siebie wywiady oraz testy, w których ujawnili ingerencję Google’a w algorytm przeszukujący sieć, a tym samym w prezentowane wyniki. Dowodzili wtedy, że np. Google faworyzuje gigantów, płacących najprawdopodobniej krocie za reklamy, kosztem mniejszych graczy. Czy masz podobne spostrzeżenia?

Manipulacja podpowiedziami

Co ciekawe, w swym raporcie Wall Street Journal ujawnił także, że Google manipuluje automatycznymi podpowiedziami, które pojawiają się w trakcie wpisywanego hasła, czyli niejako sugeruje nam w którą stronę powinny podążać nasze myśli i skojarzenia. Każdy z nas z pewnością wiele razy skorzystał z tak przygotowanej podpowiedzi. Często robimy to niejako automatycznie nie zdając sobie sprawy z faktu, jak ogromny wpływ może to mieć na nasze życie (przecież zakładamy, że podpowiedzi są wynikiem pracy algorytmu i po prostu wieloma podobnymi zapytaniami, a przecież skoro inni tego szukali, to… ?!?). Ilu z nas zauważyło – zwłaszcza gdy szukamy treści wrażliwych, np. politycznych, światopoglądowych, religijnych, zdrowotnych czy finansowych – że wśród wyników pojawiają się niekiedy odsyłacze dość swobodnie powiązane z tym czego szukamy jednak próbujące zwrócić naszą uwagę. Ile razy kliknęliśmy w taki link, przezornie zerkając wcześniej czy nie jest oznakowany jako „reklama”. Oczywiście nie był oznakowany czym podświadomie zdobył kilka punktów na skali naszego zaufania. Snując dalej opowieść, wyobraźmy sobie, że taki link przeniósł nas na stronę omawiającą dość fachowo jakieś zjawisko, jednocześnie mimochodem przemycając nazwę jakiegoś produktu lub usługi. Zdarza się, że reagujemy od razu i idziemy za ciosem, czyli klikamy dalej i być może kupujemy produkt lub przyswajamy informację, a nawet jeśli nie, to ziarno już zostało zasiane w naszej podświadomości i gdy po raz kolejny zobaczymy wspomnianą markę X, to nasze skojarzenia będą szybsze. Ostatni krok to ocena wpływu, czyli jeśli przekaz był negatywny to będziemy uprzedzeni, a jeśli sugestia przedstawiała markę w dobrym świetle to będziemy w większym stopniu skłonni zareagować pozytywnie.

Nawyk weryfikacji

Pamiętajmy o tym przeglądając zakamarki Internetu, zwłaszcza gdy budujemy swoją wiedzę na temat, który będzie potem rodził konkretne konsekwencje, tj. wydatki lub zachowania. Dobrym rozwiązaniem jest wtedy skorzystanie z konkurencyjnych wyszukiwarek i weryfikacja danych, a im poważniejszy temat tym bardziej wnikliwa powinna być ta analiza.

Krzysztof Buczkowski

Be Smart Enough!
ww.buczkowski.eu

Światowy dzień bez kłamstwa

Kłamstwo na drodze do prawdy

28 marca co roku wypada Światowy Dzień bez kłamstwa! (sic!). Gdy zdałem sobie z tego sprawę i odniosłem do sytuacji świata XXI wieku w tym obszarze, stwierdziłem, że jedyny stosunek jaki mogę w tej chwili żywić do tego „święta” jest wybitnie ambiwalentny.
Z jednej strony należy chwalić każdą inicjatywę, która uświadamia, że warto dążyć do prawdy, czyli nie posługiwać się kłamstwem (no może poza tym konwencjonalnym, czyli niejako codziennym tym mniejszej wagi – tj. „dobrze Cię widzieć, tak smakowało mi lub cieszę się, że wygrałeś na loterii”!?), zwłaszcza gdy w konsekwencji danego fałszu mogą wystąpić policzalne straty: finansowe, zdrowotne, polityczne lub oczywiście emocjonalne, choć te ostatnie zdają się tracić na wartości z każdą upływającą chwilą. Z drugiej zaś, świadomość skali zjawisk manipulacyjnych i półprawd, będących de facto kłamstwami serwowanymi nam z premedytacją w każdym medium, wywołuje lęk przed światem, w którym przychodzi nam żyć.

„Kłamstwo dzieckiem przyzwyczajenia człowieka” – Krzysztof Buczkowski

Niemniej warto o nim wspomnieć i niejako wytłumaczyć, iż kłamstwo jest niechcianym dzieckiem przyzwyczajenia, które jest przecież drugą naturą człowieka. Ludzie kłamali, kłamią i będą kłamać. Zmieniają się tylko narzędzia i techniki.

Rys historyczny

W czasach zamierzchłych, zanim jeszcze ruchome czcionki Guteneberga zrewolucjonizowały dostęp do książek i umożliwiły pojawienie się prasy, wiadomości przekazywano z ust do ust lub mozolnie spisywano je odręcznie. Jak możemy sobie wyobrazić (a historia potwierdzi), także w rękopisach umieszczano kłamstwa, które miały pomóc w realizacji konkretnych planów osób piszących lub finansujących proces pisania – na przykład podkopywano wiarygodność jednego możnowładcy podając jego domniemane występki przeciw ludowi lub religii, by kilka wierszy dalej w tym samym dziele promować innego poprzez subtelny opis czynów chwalebnych, zarówno w zakresie cnót mądrości jak i męstwa. Z uwagi na formę, ich zasięg i czas oddziaływania były ograniczone. Sam proces dystrybucji takiej wiadomości trwał tygodnie lub miesiące, a w przypadku ksiąg, nawet lata. Zatem oddziaływanie kłamstwa było mniejsze i mniej dynamiczne, ale jednak w zamyśle inicjatorów – skuteczne.

Wspomniany druk przemysłowy niewątpliwie otworzył ludziom wrota do wiedzy i wpłynął na poziom ich świadomości, ale tym samym niejako w pakiecie dał narzędzie do seryjnego produkowania i rozpowszechniania kłamstw. Kłamstwo mogło docierać do większej liczby ludzi i oddziaływać masowo. Kolejne kroki rozwoju mediów, czyli radio i telewizja, mają oczywiście swój wkład w promocję informacji nie zawsze zgodnych z rzeczywistością. Wspomnę tylko mój ulubiony przykład audycji która wstrząsnęła USA 30 października 1938 roku. Wtedy to stacja radiowa CBS nadała słuchowisko radiowe zrealizowane według książki Herberta George’a Wellesa pt. „Wojna światów”. Sugestywny przekaz zasiał panikę wśród milionów słuchaczy – ludzie w popłochu wybiegali ze swoich domów. Czy ludzie sami się oszukali? Dlaczego strach i przerażenie wywołane fikcyjnym atakiem obcej cywilizacji były tak realne – dzięki wykorzystanej formie i środkom wyrazu? A może zadziałała moc ludzkiej wiary? Zapewne obie odpowiedzi są prawidłowe.

Współczesna dynamika szerzenia kłamstw

Dziś mamy do czynienia z kolejnym etapem ewolucji kłamstwa i jego roli w naszym życiu, poprzez natychmiastowe medium, które każdy ma przy sobie, czyli Internet i oparte na nim platformy społecznościowe. Znowu do głosu dochodzi bezkrytyczna wiara w przekaz i podążanie za sensacją, a w tle czai się konkretny interes – finansowy lub polityczny, popkulturowy a niekiedy ideologiczny.

Zasada ograniczonego zaufania

Najważniejsze co musimy powtarzać do znudzenia, sobie i najbliższym, to zasadę ograniczonego zaufania do tego co widzimy lub słyszymy w mediach. Zadanie sobie w myślach kilku pytań kontrolnych typu: „kto ją rozpowszechnia?”, „jaka jest waga tej informacji?”, „czy może mieć na mnie wpływ i moje zdrowie, finanse, wybory polityczne lub życiowe?”, „co może dać bohaterowi lub przekazującemu?” itp., będzie nie tylko ćwiczeniem szarych komórek, ale z czasem stanie się wentylem bezpieczeństwa przed fake-newsami, półprawdami, post-prawdą i wszelkimi innymi manipulacjami. Nawet jeśli będzie to wiązać się z powtarzaniem pesymistycznych słów Nietzchego: „Nie jestem zły, że mnie okłamałeś. Jestem smutny, że od teraz nie mogę Ci uwierzyć”. Lepiej czasami nie uwierzyć Internetowi i być chwilowo tylko smutnym, niż ostatecznie oszukanym, chorym lub okradzionym oraz dodatkowo smutnym lub wręcz zrozpaczonym.

Be Smart Enough!
Krzysztof Buczkowski

Udawana czy prawdziwa agresja w sporcie

Emocje sportowe

Każdy z nas jest w pewnym momencie swojego życia kibicem. U jednych ten moment trwa dłużej i ma symptomy stałej postawy, a u innych jest chwilowym uniesieniem patriotycznego oddechu związanego z konkretnym wydarzeniem sportowym – o charakterze lokalnym, krajowym lub międzynarodowym. Jedni kibicowali Małyszowi, Stochowi czy reprezentacji Polski, a inni wspierają miejski klub koszykarski czy gminny siatkarski itp.

Mnie również zdarza się ulec duchowi kibicowskiemu i emocjonować się występem płockich piłkarzy ręcznych Wisły Orlen Płock. Wydarzenia zaobserwowane podczas ostatniego pojedynku z odwiecznymi rywalami z Kielc podczas kolejnej tzw. „świętej wojny” skłoniły mnie do głębszych przemyśleń nt. agresji w sporcie, jej rzeczywistym wymiarze i wpływie na końcowy rezultat. Przeglądając wyniki z ostatnich dziesięciu lat nie da się nie zauważyć, że Płock dostaje od kielczan regularne lanie. Pomimo dobrych (zmienianych regularnie) trenerów i zawodników, satysfakcjonujących występów w Lidze Mistrzów czy Lidze Europy, ciągle nie potrafimy przekonująco wygrać z drużyną Tałanta Dujszebajewa.

Ostatni mecz był 18 marca podczas półfinału Pucharu Polski pomiędzy Naszą Wisłą Orlen, a Kielcami. Nie jest ważne kto był w formie, a kto był lekko słabszy. Ważne, że na tablicy wyników było wyjątkowo cały czas blisko remisu. Ostatecznie przegraliśmy tylko 2 bramkami, ale niedosyt pozostał. Znowu. Czy ta regularność porażek z Kielcami i niestety słaby styl większości z nich nie powinien skłaniać do szukania powodów trochę w innym miejscu?

Pozorna agresja

Myślę, że tak i mam nawet pewne podejrzenia. Moim zdaniem, czyli zwykłego kibica (jednak z pewną wiedzą nt. postaw i zachowań ludzkich ;-), chronicznie brakuje Naszej Drużynie tzw. sportowej złości, a niekiedy wręcz kontrolowanej sportowej agresji (a wyjątkowo to nawet tej niekontrolowanej?!?). Nie trzeba być geniuszem psychologii sportu by, poza niewątpliwym zmysłem trenerskim Dujszebajewa, który ma do dyspozycji klasowych zawodników, dostrzec jeszcze jeden drobny aczkolwiek bardzo istotny szczegół, czyli zarządzanie (kreowanie gry) poprzez konflikt. Jego ekspresja agresywności jest niekiedy iście teatralna i często udziela się zawodnikom z Kielc. Podobny wybuch miał także miejsce w trakcie ostatniego meczu. Cytując Przegląd Sportowy, który podkreśla: „Atakujący z impetem wiślacką bramkę Daniel Dujszebajew upadł i doznał groźnie wyglądającej kontuzji kolana. Ta sytuacja wyprowadziła z równowagi Talanta Dujszebajewa. Trener kielczan zupełnie stracił panowanie nad sobą, miotając przekleństwa z dużą agresją w kierunku delegata ZPRP. Dostał czerwoną kartkę i resztę meczu musiał oglądać z trybun. Przerwa w grze trwała kilka dobrych minut, aż strach pomyśleć, co by się działo w Hali Legionów, gdyby na trybunach był komplet kibiców.” (link).

Z uwagi na powtarzalność pewnych reakcji tego trenera odrzuciłbym szukanie powodów w jego porywczym charakterze, a skupiłbym się właśnie na hipotezie zakładającej działanie z rozmysłem i wyrachowaniem (bo drużyna miała słabszy moment, nie weszła dobrze w mecz, trener nie widział ducha walki u swoich piłkarzy?), czyli niejako świadome przesadne eksponowanie negatywnych emocji, wręcz agresji.

Zarządzanie konfliktem w sporcie, czy tylko styl gry

Wspomniana strategia zarządzania ma swoich zwolenników w tradycyjnym biznesie (organizacji), ale także w każdej dyscyplinie sportowej (nawet w szachach), zatem tym bardziej jest mile widziana w maksymalnie kontaktowej grze jaką jest piłka ręczna. By nie zanudzić napiszę tylko, że jej fundamentem jest oddziaływanie na pracowników (zawodników) wszelkimi dostępnymi środkami przeciwdziałającymi niskiej aktywności, apatii, marazmowi w celu wywołania u nich inicjatywy działania i wyzwolenia twórczego procesu rozwiązywania problemów – tutaj w trakcie gry (meczu). Czy agresja w sporcie motywuje? Czy zmusza do dodatkowego wysiłku? Odpowiednio skanalizowana – TAK. Czy zachowanie trenera wpływa na zawodników? – TAK. Czy można nauczyć się wyrażania gniewu by być autentycznym? – TAK. Można też oczywiście być z urodzenia cholerykiem, wtedy ma się łatwiej.

Przejrzałem komentarze i opinie dziennikarzy po przegranych meczach Wisły z Kielcami w ostatnich latach. Co znalazłem? W co drugim materiale powtarzające się stwierdzenia typu: „Wisła nie mogła poradzić sobie z grającą agresywnie, wysuniętą daleko od pola bramkowego defensywą Kielc”, „Wisła grała za mało agresywnie”, „Niebieskim brakowało sportowej złości”, „(…) wyjątkowo pobudzeni gracze z Kielc…”. To jednoznacznie wskazuje, ze uważne dziennikarskie oko dostrzegało ten element.

Nauka agresji?

Okazuje się, że wykwalifikowany sztab szkoleniowy i wysokie umiejętności indywidualne zawodników winny zostać uzupełnione o naukę …agresji sportowej. Zarówno tej proaktywnej (przed zawodami), instrumentalnej (zgodnej z przepisami), ale też tej reaktywnej – czyli wywoływanej sytuacją na boisku (na granicy faul?). Inny podział agresji to: niedestruktywna i destruktywna, zakładająca sparaliżowanie aktywności przeciwnika. Gdy zestawimy to wszystko z wybranymi (powtarzalnymi) sytuacjami na boisku (krzyki, wulgaryzmy, dynamiczne machanie rękami, podbieganie do przeciwnika (zawodnika, sędziego, działacza) czy pojedynki na groźne miny ;-), …obraz zaczyna się wyostrzać.

Wszak jak mówi prof. Tadeusz Rychta (psycholog sportu z AWF Warszawa): „Moim zdaniem bez agresji w sporcie osiągnąć sukcesu nie można.” To z kolei sugeruje, że coraz częściej sportowcy, podobnie jak aktorzy, manipulują swoimi emocjami, by wpływać na rywali, a pośrednio także i na nas kibiców. Pamiętajmy o tym gdy sami stracimy rzeczywistą kontrolę nad emocjami, gdy nasza ukochana drużyna przegra, a My w porywie złości będziemy chcieli wyrzucić telewizor… może to wszystko było elementem show i szkoda nerwów i telewizora…
Be Smart Enough!


Krzysztof Buczkowski

Szczepienia na COVID – walka o rynek czy zdrowie?

Czy na pewno rządzi popyt i podaż na szczepionkę?

Wydawałoby się, że koncerny farmaceutyczne mają wręcz doskonałe warunki do promocji i monetyzacji swych produktów przeznaczonych do walki z objawami COVID – wszak możliwości wszystkich producentów razem wziętych nie nadążają za popytem generowanym przez zainteresowane zakupem kraje (z premedytacją użyłem słowa „objawami” bo właśnie ono najczęściej pada w komunikatach wydawanych przez świat medycyny! Ciekawe, że środowisko nie używa bardziej zrozumiałych dla przeciętnego odbiorcy słów np. „szczepionka chroniąca przed zachorowaniem lub wprost przed daną chorobą”? Podobno diabeł tkwi w szczegółach, a tu właśnie taki drobny szczegół jest!).

Opinie ekspertów

Marzec 2021 to spore zawirowanie wokół szczepionki AstraZeneca, ponieważ ujawniono kilka przypadków zgonów osób zaszczepionych tym preparatem – zgony miały nastąpić z powodu zakrzepicy żył mózgowych i zatorów płucnych. W związku z tym 7 marca br. austriacki Federalny Urząd ds. Bezpieczeństwa w Opiece Zdrowotnej (BASG) postanowił tymczasowo zawiesić stosowanie szczepionki z serii ABV 5300, po nim dołączały kolejne kraje, a 15 marca br. także Ministerstwo Zdrowia Niemiec poinformowało o swej analogicznej decyzji. Z kolei 16 marca br. szefowa Europejskiej Agencji Leków (www.ema.europa.eu) Emer Cooke ogłosiła, że nie ma obecnie wskazań, iż szczepienia preparatem firmy AstraZeneca spowodowały te skutki uboczne. Jednakże podkreśliła, że będą prowadzone dalsze analizy i badania. 17 marca także WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) oficjalnie stwierdziła, że korzyści wynikające ze szczepionki AstraZeneca przewyższają ryzyko i zaleca kontynuowanie szczepień (www.who.int). Co ważne polski rząd nie rekomenduje wycofania się z wykorzystania tego preparatu.

Gdzie jest prawda?

Teraz należy zadać pytania, czy ujawniane skutki uboczne, na czele ze zgonami mieszczącymi się w standardach (akceptowany przez naukę margines) uzasadniają skalę zamieszania. Czy rezygnacje krajów mają charakter czysto formalny i mają na celu ochronę obywateli, czy może bardziej troszczą się o emocje ludzi i powiązane z nimi sympatie polityczne? Czy nie należy sprawdzić inspiracji po stronie przeciwników biznesowych? Niezaprzeczalnym faktem jest, że szum informacyjny już ma negatywne konsekwencje. Polscy seniorzy zaczynają rezygnować z zaplanowanych terminów szczepień. Zatem kto zyska, a kto straci?

Be Smart Enough!
Krzysztof Buczkowski

fot. ema.europa.eu

Środki perswazji i manipulacji w procesie przekazywania informacji

Ebook

Perswazja, manipulacja i propaganda są środkami, które wykorzystujemy w trakcie procesu przekazywania informacji. Czynimy to niekiedy intuicyjnie (nieświadomie?), ale coraz częściej w pełni świadomie, oczekując określonego efektu. Skoro każdy z nas to wykorzystuje lub chciałby wykorzystywać, to należy założyć z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że inni też tak robią. Wśród innych są też przecież , m.in.: media, politycy, celebryci, a nawet tzw. eksperci. Gdy już wiemy, że oni też wykorzystują wspomniane środki, powinniśmy też przyjąć, że dysponują większą wiedzą w tym temacie i są bardziej biegli. To z kolei prowadzi do bardzo poważnego wniosku: warto samemu zaopatrzyć się w sprawdzoną i potwierdzoną naukowo wiedzę by choć w minimalnym stopniu starać się uodpornić na szkodliwe manipulacje i perswazje.

Więcej w ebooku poniżej:

A wszystkiemu winna reklama…

Oglądając reklamy w telewizji mam nieodparte wrażenie, że to one, cierpliwie i z mozołem, torowały drogę, mniejszym i większym, kłamstwom obecnym już dzisiaj w mediach. Zwłaszcza tych elektronicznych. Tak, mam na myśli kłamstwa określane mianem fake-news jak i łagodniejszą prawdę życzeniową (post-prawdę), czyli dzisiejsze kłamstwo, które może jutro stać się prawdą – zaiste oryginalna wymówka. Wracając do reklam, przecież dziś już nawet dziecko wie, że reklama kłamie, a w najlepszym przypadku nie mówi całej prawdy. Skoro wiemy, że reklama mija się z prawdą, czemu tak dobrze się trzyma i ciągle pochłania miliardowe budżety? Może po prostu lubimy być oszukiwani, pragniemy tak troszeczkę i na chwilę poczuć się dzięki temu lepiej lub może nawet lepszymi ludźmi, gdy np. kupimy auto z gwiazdą na masce lub posmarujemy twarz czarodziejskim enzymem wyciśniętym z karczocha. Kwestie czy jest to etyczne lub społecznie pożądane, schodzą na dalszy plan lub całkiem znikają.

Współczesnym wyznacznikiem wielu trendów są otaczające nas z każdej strony reklamy. Specjaliści z dziedziny marketingu dwoją się i troją by nakłonić odbiorców/widzów do zakupy określonego przedmiotu lub skorzystania z usług konkretnej firmy. Jak się okazuje sprzedawcy bardzo często przedstawiają nie tylko pozytywne cechy produktu, część argumentów jest po prostu zmyślona, po to aby przekonać nas do większej użyteczności danego produktu. Słowo reklama, cyt. „wywodzi się od łacińskich słów – clamor i oznacza krzyczenie do kogoś. Ten krzyk i reklama w jednym nawiązują do dawnych czasów, kiedy to większość ludzi nie potrafiła czytać ani pisać, więc krzykiem nawoływali potencjalnych klientów, zachwalając swoje towary.

Perswazja

Perswazja w reklamie polega na tym, iż reklamodawcy chcą zachęcić nas do nabycia konkretnego towaru. Słowo perswazja, cyt. „pochodzi od łacińskiego persuasio, które oznacza przekonywanie do określonego stanowiska lub zachowania”. Od manipulacji różni ją to, że owe nakłanianie odbiorcy, nie będzie skutkowało szkodliwymi konsekwencjami.

Można więc śmiało powiedzieć, iż perswazja to swoiste argumentowanie połączone z warunkami, takimi jak: zgodność z określonym światopoglądem odbiorcy, czy motywacja.
W przypadku manipulacji jej główną cechą jest nieuczciwość w stosunku do odbiorców. Wykorzystuję się w tym celu następujące techniki, np. ukazuje się tylko fragmentaryczny obraz świata, manipulację językową, posługiwanie się fałszywymi wynikami badań lub analiz. Reklamodawcy wykorzystując manipulację ukazują, cyt. „fałszywy obraz danej rzeczywistości”, by w jak największym stopniu utożsamiać się z klientami (M. Hallada, 2019).

Młodzi i seniorzy kontra manipulacje medialne

Niestety najbardziej narażona na manipulacje jest młodzież oraz seniorzy. Wynika to z faktu, iż młode osoby często jeszcze nie potrafią prawidłowo interpretować dyskursów medialnych, a seniorzy już utracili taką zdolność. Świat przedstawiany w materiałach dedykowanych tym dwóm grupom społecznym powołuje się na nietrafione autorytety ze świata show-biznesu lub w nieuzasadniony sposób łączy postacie kojarzone z wiarą i religijnością z współczesnymi zjawiskami (tematami, produktami). Skutkuje to negatywnym i wypaczonym obrazem rzeczywistości. W konsekwencji np. młodzi ludzie wciąż wpadają w choroby sfery psychicznej, nie mogąc poradzić sobie z faktem, iż wyimaginowany świat przedstawiany w reklamach lub portalach społecznościowych – nie ma nic wspólnego z ich prawdziwym życiem. Z kolei seniorzy ryzykują zdrowiem i życiem ufając autorytetom z młodości lub przekazom wykorzystującym ich religijność. Ważne, abyśmy mieli samoświadomość, iż kampanie medialne rządzą się ww. mechanizmami. Starajmy się kontrolować procesy, którym zostajemy poddani i wykazujmy choć odrobinę niedowierzania lub wręcz krytycyzmu.

Krzysztof Buczkowski